RUDZIENICE(30.07.-04.08.2007)
11 października 2007
To była moja druga misja. Po pierwszej misji w Kleszczelach chciałam pojechać na jeszcze jedną, ale nie miałam czasu w związku ze sprawami dotyczącymi studiów. Jednak, gdy te sprawy załatwiłam (dostałam się na studia) wiedziałam, że muszę pojechać na kolejna misję. Zostałam zachęcona przez pewna osobę. Dowiadywałam się i okazało się, że nie ma już wolnych miejsc na żadną misję. Jednak przeświadczenie o pojechaniu na misję było wciąż we mnie. Dowiedziałam się od koleżanki, że chce jechać na misję pod Iławę. Pomyślałam sobie: Tak daleko? A kto to organizuje? Czy będą tam znajomi? Nie byłam pewna do końca, czy mam tam jechać. Skontaktowałam się z liderami. Okazało się, że jest dla mnie miejsce. Byłam ostatnia na liście. Wiedziałam, że to jest to, nikt nie może zabrać mi tej pewności. Zdecydowałam: JADĘ. Okazało się, że jedzie tam tylko jedna moja znajoma, a koleżanka dojedzie dopiero we czwartek. Myślałam więc sobie, jak to będzie, ale od razu pojawiła się myśl od Boga: Nie martw się o nic, skoro Ja posyłam cię tam, nie musisz niczego się obawiać, Ja wiem, co czynię. Zaczęłam powoli przygotowywać się, pragnęłam przeżyć znów ten wspaniały czas i widzieć działanie Boga i zbawienie ludzi.
Jednak nie obeszło się bez problemów. Zaczęłam pakować się dość późno, wieczorem przed porannym wyjazdem. W trakcie pakowania okazało się, że nie mam śpiwora, który jest mi bardzo potrzebny. Zostawiłam go w Kleszczelach, pewnie przepadł. Od razu pocieszenie od Boga: Śpiwór gdzieś musi być, a ty pożycz od kogoś i pojedziesz. Okazało się, że mój śpiwór jest w Dubiczach w zborze, a ja pożyczyłam inny od koleżanki. Mimo przeszkód udało się wszystko. Muszę jechać, Bóg mnie postawił w tej sytuacji i wypróbowuje też mnie. Kocham Cię, Ojcze, jesteś taki wspaniały!
Rano wyjeżdżam, przyjeżdża po mnie tato Eli z Hajnówki, pomimo spóźnienia wyjeżdżamy wszyscy razem: Ela, Ula, Dominika, Darek, Daniel i ja. Podróż bez przeszkód. Nawet szybko, jak na taka drogę - 6 godzin, nie dłużyło się nam. Zaaklimatyzowałam się w towarzystwie tych osób. No i jesteśmy na miejscu - RUDZIENICE - wiem, Bóg tu będzie działał! Będzie wspaniale! Już jest.
Ledwie zanieśliśmy bagaże do świetlicy, a tu grupka zaciekawionych dzieci przyszła do nas. Zaczęłyśmy z dziewczynami bawić się z nimi. Było cudownie. Świetne dzieciaki, pomyślałam sobie, odczujemy Boże działanie wśród nich.
Później spotkanie organizacyjne - musimy iść, a dzieci nie mogą „odkleić” się od nas. Obiecujemy im, że przyjdziemy jeszcze i pobawimy się z nimi. Aktywność dzieci - bez zarzutów, powiedziałabym nawet – zaskakująca - a ilość- też! Na jednych zajęciach było ich aż czterdzieścioro!
Każde przygotowanie do zajęć, nawet wycinanie kółek do robótek było dla mnie ważne i wiedziałam, że nie robię tego niepotrzebnie, że i to daje takie Boże błogosławieństwo. Pokochałam tę służbę! Wszystko, co robiłam, to było z miłości do mojego Ojca i tych dzieciaczków!
Wieczór dnia drugiego: pora na koncert. Przychodzi kilka osób. Po koncercie idziemy zapraszać młodzież na kluby. Z dziewczynami szukamy osób, które można byłoby zaprosić. Idziemy drogą, zapraszamy. W pewnym momencie widzę dwie dziewczyny. Są od nas jakieś 50 m. Najpierw biegniemy we dwie, ale później ja sama. Wiem, mam pewność od Boga, że muszę biec, dogonić te dziewczyny i zaprosić na kluby. Zaprosiłam. Jedna, z nich, Ania, przyszła. Widziałam, że Bóg pracuje w jej sercu. Oddała swe życie Bogu. Teraz czyta z mamą Biblię i Pan pomaga jej w trudnościach.
Wracając do dzieci: czasami bywały nieprzyjemne sytuacje, np. kłótnie, bójki pomiędzy dziećmi, ale łaska Bożą jest tak wielka, że dzięki niej mogliśmy podołać temu i powoływać się w tym wszystkim na Boga. Jednak praca z dziećmi jest pracą wymagającą dużego wkładu energii, ciekawych pomysłów i dużego zainteresowania nimi. Pod koniec misji byliśmy zmęczeni, pomysły kończyły się nam, ale Bóg mówił do mnie: wkładaj jak najwięcej serca w tę służbę, pracuj dla mnie, dzieci potrzebują ciebie, a Ja dam Ci siły i działanie to zaowocuje obficie.
I rzeczywiście tak się stało: gdy byłam zmęczona i nieco zniechęcona, prosiłam Boga o pomoc, wiedziałam, że mimo moich niedoskonałości Bóg działał, bo tak bardzo kocha i działanie to wydawało obfity owoc - dzieci stawały się grzeczne, tuliły się do nas. To był niezwykły czas, kiedy podczas wieczornego koncertu, gdy padał deszcz, a ja siedziałam i mokłam, w pewnym momencie przyszła do mnie Nikola trzymając kolorową parasolkę w ręku usiadła mi na kolana - w ten sposób mogłyśmy się obie osłonić przed deszczem i przytulając się było nam cieplej.
Dziewczynka, która wcześniej wywoływała sprzeczki, teraz była tak spokojna, słuchała tego, co pastor mówił do dorosłych. Przyjmowała to z radością. Mogłam zrozumieć całkowicie słowa Jezusa: Mt.18, 3 Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Właśnie wtedy zobaczyłam, jaki ma stać się każdy człowiek: musi z tak wielką otwartością i wiara przyjmować słowa Jezusa.
Widziałam pracę Ducha Świętego w jej serduszku i jak i serduszkach innych dzieci. A ona siedziała na moich kolanach i słuchała Słów Boga. Przyszedł wreszcie czas na modlitw o zaproszenie Jezusa do serca. Nikola zadeklarowała mi, że chcę się modlić. Powtarzała na głos modlitwę pastora. Czyniły to też wiele innych ludzi. To było takie wspaniałe! Wzruszyłam się.
Po koncercie był grill. Byłam tak rozradowana, biegałam z dziećmi, kręciłam je (to była ich ulubiona zabawa podczas misji, chociaż nam - liderkom dość uciążliwa, ale w obliczu tak wielkiej radości ciężar był nieznaczny). Zaczęłam też rozmawiać z dorosłymi kobietami. Bardzo cieszyłam się z tego powodu, gdyż wcześniej nie miałam odwagi tego robić, ale w myśli poprosiłam mojego Ojca w Niebie o to, bym mogła z nimi rozmawiać i stało się, Pan widział pragnienie serca.
Rozmowy stały się ważne, gdyż kobiety pytały o istotne rzeczy, mogłam im wyjaśnić wiele spraw zawartych w Słowie Bożym. Wieczór był cudowny. Obserwując uśmiech na twarzach ludzi z Rudzienic, moja radość była razy dziesięć, a w Niebie niewyobrażalnie wielka. Jeszcze kluby, duże zamyślenie na twarzach młodzieży, widać było, że Bóg pracuje w ich sercach. To już nie były te same twarze, ale zmienione pod wpływem Bożego działania. Ci ludzie przyjęli do siebie Słowo Boże! Nasza gorąca modlitwa o nich powinna brzmieć: Boże, pomóż im wytrwać w Tobie…odrzucić świat…kochać Ciebie całym sercem, trzymać się Ciebie niewzruszenie!”
To wszystko było piękne, ale… Nadszedł dzień rozstania, najgorszy dzień na każdej misji, kiedy opuszczamy tych, których w ciągu pięciu dni zdążyliśmy tak pokochać. Łzy, niekończące się uściski dzieci, wzrok i słowa tych ludzi: Nie opuszczajcie nas.. Zostańcie jeszcze z nami…, gdyby to był miesiąc…. Przyjedźcie do nas jeszcze…, My przyjedziemy do was…, Jak Bóg was wspaniale wychował… kochane dzieci…. To było wspaniałe, uczucie nie do opisania. Taka błogosławiona misja, bez przeszkód, otwartość ludzi zaskakująca, Boże działanie. Myślę sobie, przecież nie każda misja musi mieć wielkie przeszkody. Akurat na tej misji mogliśmy odczuwać pełne Boże błogosławieństwo, chociaż niewielkie problemy istniały, ale i tak Pan Bóg je rozwiązywał. Żal było odjeżdżać, ale… przed odjazdem zdarzyło się coś jeszcze, sytuacja, po której poczułam stuprocentowe spełnienie mojej roli na tej misji. Poszłyśmy z dziewczynami do sklepu, aby kupić kilka rzeczy na podróż. Jednak tym razem, inaczej niż zwykle zdecydowałyśmy pójść do innego sklepu. Przed sklepem stali panowie z butelkami piwa. Od razu miałyśmy myśli dobrze byłoby im coś powiedzieć, oni potrzebują Jezusa; ale jak zacząć rozmowę…przecież to dorośli mężczyźni…. Zrobiłyśmy zakupy i wyszłyśmy ze sklepu i słyszymy głos tych panów. Okazało się, że uwagę zwróciły koszulki gt z tekstem: można żyć inaczej, które miałyśmy na sobie i to, że nie odkrywamy ciała, jak wiele dziewczyn w naszym wieku. A w naszym sercu zabrzmiały słowa: Panie, dzięki Ci, że widziałeś nasze ochocze serca i pomogłeś nam!. Zaśpiewałyśmy kilka piosenek chrześcijańskich, mówiących, że naszym Panem jest Jezus. Zobaczyłyśmy, że słuchają tego inni panowie siedzący pod drzewami. Zaczęłyśmy rozmawiać o życiu z Jezusem, po prostu świadczyłyśmy im. Nasza rozmowa była tak zgrana, że kiedy któraś a nas kończyła, inna zaczynała mówić i dopełniać to, co powiedziała poprzednia. Przez tą rozmowę panowie i nie mieli nawet okazji, by wziąć do ust butelki z alkoholem. Dużą rolę odegrała odmienność wyglądu i sposobu życia. Był to plus, co sprawiło, że mogłyśmy beż wstydu mówić o naszym Panu. Gdy wracałyśmy, pojawiła się myśl, by dać im Nowe Testamenty, więc szybko pobiegłyśmy po nie. Był już obiad, ale nam nie był istotny. Wzięłyśmy 10 egzemplarzy i… wszystkie rozdałyśmy. Mężczyźni brali je z chęcią. Byłyśmy tak rozradowane! Wróciłyśmy tak pełne entuzjazmu.
Teraz pozostaje nam się modlić, by ta zasiana Ewangelia działała w ich życiu, by Bóg im się objawił, by to Słowo miało moc w ich życiu i w życiu tych wszystkich, którzy na misji słyszeli o Jezusie. Byśmy za rok, gdy przyjedziemy, spotkali całą wieś trwającą w Panu! Alleluja! Amen!
PO ULNOWIE cz. 1
14 września 2007
Ulnowo 28-31.08.2007 Była to moja pierwsza misja pod banderą generacji T i niestety ostatnia w tym roku. Jednak to, co przeżyłem podczas jej trwania przeszło największe oczekiwania: zmieniło moje podejście na temat wiary i zadania Chrześcijanina w dzisiejszych czasach.
Nie będę ukrywać, że jadąc na misję miałem mieszane uczucia. Zastanawiałem się czy będę użyteczny, czy będę w stanie coś dać ludziom, którym będę głosić Ewangelię, jakąś cząstkę siebie, by pomóc im zrozumieć, że Chrystus może zmieniać życie. Czego zresztą byliśmy przykładem. W przypadku mojego chrześcijaństwa brakowało czegoś bardzo ważnego, tego, co jest zapisane w ewangelii św. Mateusza 28;19-20. Wcześniej miałem opory wylewać swoje problemy i mówić o nich publicznie ze względu na przeświadczenie, iż mogę być niezrozumiany i odtrącony. Okazało się jednak, iż moje słabości użył Bóg bym zwiastował Jego Słowo. Pokazując, że też jestem tylko człowiekiem: posiadam swoje wady, z niektórymi już wygrałem, a z częścią walczę. Kiedy przyszło mi mówić świadectwo, pierwszy raz w życiu nie bałem się. Modliłem się do Boga o to, by zabrał ode mnie strach i by to On mówił za mnie. I wiecie co? Tak się stało. Ja uczyniłem tylko pierwszy krok by przemawiać, a Bóg uczynił to, co jest zapisane 2 Moj. 4;11-12. Kiedy powiedziałem o moich przeszłych słabościach publicznie, poczułem niezwykłą ulgę, ale to nie koniec...Później, jak się okazało przychodzili do mnie ludzie i rozpytywali o te sprawy, jak z tym walczyłem. I to był czas bym mógł zwiastować Ewangelię, bo to Chrystus uwolnił mnie już z tylu słabości i nałogów. I to samo może uczynić Tobie, On leczyło chorych, wyganiał demony i czynił wiele innych cudów, by uświadomić każdemu człowiekowi, że i teraz ma moc pomagać i dziś. Bo ten Jezus który umarł za nasze grzechy, robi coś więcej i dzisiaj List do Rzym. 8;34. On nas tak Kocha, że nie tylko oddał za nas życie, ale i teraz walczy o nasze dusze przed Bogiem. Warunkiem jest przyjęcie go do swojego serca, a On uczyni cud.
Dziękuję Mu za tę misję, za to, że mogłem w niej uczestniczyć, że mogłem poznać tyle wspaniałych osób, a przede wszystkim, że pokazał mi, iż i ja mam coś co może pomóc w rozprzestrzenianiu Ewangelii. Przy okazji mogłem odkryć talenty, o których nie miałem pojęcia. Wiele też przykładu otrzymywałem od liderów i bardziej doświadczonych członków GT. Dlatego z utęsknieniem czekam na kolejne misje.
Ale chcę także zachęcić Ciebie, który to czytasz moje sprawozdanie. Jeżeli przyjąłeś Chrystusa do swego serca: Jedź i podziel się nim z innymi ludźmi! Oni czekają na to, aż Bóg rozerwie ich kajdany. I ty masz coś czym możesz się podzielić, by ewangelia była głoszona. Pokazać, że Można żyć inaczej.
PO ULNOWIE cz. 2
14 września 2007
Ulnowo 28-31.08.2007.
Tym 1;7-8a. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściągliwości. Nie wstydź się więc świadectwa o Panu naszym.
Po tej misji te słowa nabrały dla mnie szczególnego znaczenia. Miałem okazję podzielić się na klubie tym, co Chrystus uczynił w moim życiu, od czego zostałem uwolniony dzięki Jego łasce. Słowa którymi dzieliłem się tego wieczoru były dla mnie zaskoczeniem. Nie miałem się dzielić tym problemem z nikim, był on dla mnie i powierzony tylko Bogu. Nie kryłem swojego zdenerwowania, bojaźni, łez które napływały do moich oczu. Schodząc ze środka sali czułem się wolny wiedziałem, że przełamałem kolejną granicę w swoim życiu. Bóg nie dał mi się zatrzymać tylko na tych myślach. Podszedł do mnie chłopak i poprosił mnie o rozmowę. Otworzył się przede mną, przepytywał jak osiągnąć taką wolność. Mogłem wtedy otworzyć swoje usta jeszcze raz i mówić o Bogu. Największą nagrodą i pociechą za tą odwagę była modlitwa o tą osobę razem z nią.
Od tej chwili zmieniło się moje myślenie o życiu i jego wartościach.
Misja jest wspaniałym czasem tego się nie da zaprzeczyć, lecz teraz chcę żyć nie tylko tymi chwilami na misji w wakacje. Całe moje życie uznaję za misję i w oczekiwaniu na przyszłe wyjazdy GT, staram się swoim zachowaniem, słowami zważać na to, że wokoło są ludzie którzy oceniają Boga poprzez mnie. Wiem teraz że naprawdę Można żyć inaczej i chcę to ogłaszać całemu światu, poczynając od osób znajdujących sie najbliżej mnie.
Dziękuję Ci Boże i wam gt-owcy.
NIESTETY TO JUŻ KONIEC!
28 sierpnia 2007
18 sierpnia zakończyłam, niestety, swój czawrty tydzień misyjny. Po czterech tygodniach nareszcie na dobre wróciłam do domu. Zmęczona ale szczęśliwa.
W tym roku Bóg posłał mnię do: Tyrawy Wołoskiej i Odrzechowej (Bieszczady) oraz Baszkowa (Krotoszyn) i Lubinicka (Świebodzin). Około 2000 zrobionych kilometrów, kilkia razy całonocna podróż autobusem - ale warto było!
Były to dla mnie niesamowite dni, w których Bóg mnię używał. Mogłam się wiele nauczyć. Bóg posyłał mnie do ludzi, bym mówiła im co On czyni w moim życiu. Jadąc na misję miałam wielkie obawy zwiazane włśnie z mówieniem, ale Bóg powiedział do mnie: idź i nie bój się! To ja będę mówił, posłużę się tylko twoimi ustami, i tak było. Dzięki niemu mogłam rozmawiać i modlić się z kilkoma osobami. Dzięki Jemu za to.
Pragnę także podziękować Mireli i Danielowi Różańskim oraz Piotrkowi Wisełce za to, że przyjęliście mnię na misję, za waszą pracę oraz za zachętę do działania. Niech wam Bóg wynagrodzi ten trud. Dziękuję także Bogu za was kochani twardziele (Filipian 1r 3-11w). Wierzę, że Bóg użyje każdego z was na swój sposób do głoszenia Ewangelii. Pozdrawiam także tych, których nie miałam okazji poznać, ale jeszcze kolejne wakacje i misje przed nami. Miejmy nadzieje, że do zobaczenia. Niech was wszystkich kochany Pan Jezus błogosławi!
Mimo że dla mnie czas obozów misyjnych w tym roku dobiegł końca, to jednak misja w moim życiu nadal trwa i będzie trwała (w końcu cała moja klasa czeka abym im opowiedziała o Bogu)
MISJA PIECHOWICE
8 sierpnia 2007
Nasza misja zaczęła się przyjazdem misjonarzy już w niedzielę po południu. Gdy wszyscy się zjawili i mieliśmy czas posiłku i później społeczności od razu dało się wyczuć, że to będzie dobra misja, a ludzie w grupie w sumie 18 osób będą zgrani.
Pracę zaczęliśmy w poniedziałek rano zajęciami dla dzieci i grami sportowymi. Chociaż na początku nie było chętnych już po niedługim czasie zjawili się pierwsi zainteresowani. Następnego i przez kolejne dni było coraz lepiej, ludzie wiedzieli że coś się dzieje i zaczęli przychodzić coraz liczniej. Bóg zaczął potwierdzać i przyznawać się do tego co robiliśmy w Piechowiacach. Na klubach przybywało młodych ludzi, z którymi mogliśmy nawiązywać relacje, a przede wszystkim głosić im Słowo, poprzez rozmowy, dramy, świadectwa i muzykę. W czynie społecznym za zgodą pani burmistrz pomalowaliśmy 8 ławek a małym parku przy głównej ulicy, co z pewnością nie przeszło niezauważone w lokalnej społeczności i pozostawi trwały ślad po naszej obecności. W międzyczasie dostaliśmy też propozycję od rzecznika Domu Strażaka (gdzie wynajmowaliśmy pomieszczenie), że chciałby o nas napisać małą notkę, która ma się ukazać w sierpniowym lokalnym informatorze Piechowickim. Jakby tego było mało, Bóg dalej dawał nam okazję do składania świadectwa o Nim, gdyż już chyba drugiego czy trzeciego dnia dostaliśmy zaproszenie od pani dyrektor Piechowickego Ośrodka Kultury aby wziąć udział w programie, który był przygotowany na piątek – nasz ostatni dzień misji – pod nazwą Piknik pod chmurką. Od tego momentu poświęciliśmy nasz czas i wysiłek by się przygotować do tej prezentacji. Udało się nam zaprezentować prawie 30-minutowy program z wstępem, pieśniami, dramą, świadectwem i Ewangelią na końcu. Chyba największe wrażenie zrobiła drama pt. Władca marionetek.
Podsumowując Bóg przyznawał się do naszej pracy przez cały czas otwierając nam drogę i dając coraz to nowe możliwości i okazje do dzielenia się Ewangelią. Udało się nam nawiązać relację z młodymi ludźmi w Piechowicach, które wierzę, że przynoszą już owoce. Nie można nie wspomnieć o bardzo dużym zaangażowaniu naszego zboru w Jeleniej Górze. Bez pomocy zborowników, którzy nasi transportowali oraz zapewnili nam posiłki, a co ważniejsze wspierali nas będąc z nami i w modlitwach, myślę, że ta misja nigdy by się nie odbyła.
Na końcu chcę napisać parę słów o mojej ekipie 17 dzielnych misjonarzy. Gdy ekipa się zbierała miałem małe wątpliwości jak to się uda, ale już po pierwszym dniu wiedziałem, że są to szczególni ludzie. Byłem już na kilku misjach, pomagałem, tłumaczyłem i też liderowałem, jednak ta grupa ludzi była po prostu niesamowita. Niektórzy się nie znali wcześniej, inni od lat, ale od razu udało się stworzyć wspaniałe warunki do wspólnej pracy dla Boga. Wierze i wiem też z relacji samych misjonarzy, że bardzo byli zadowoleni oraz bardzo dużo sami odebrali i doświadczyli podczas tych paru dni razem. Życzyłbym każdemu liderowi misji takich ludzi bo wiem, że są niesamowitym narzędziem w rękach Boga. Niech ich Bóg za to błogosławi. Bardzo cieszę się, że mogłem razem z Tomkiem Kozłowieckim liderować i poprowadzić te misję w Piechowiacach. Wierze i wiem, że podobne działania i sama praca w tej małej miejscowości się dopiero zaczyna.
MISJA W PAUSTRACH
30 lipca 2007
Misja w Paustrach pod Bartoszycami była moją pierwszą misją. Miałam straszne opory żeby pojechać na misje, pomimo tego, że chciałam, to czułam też strach. Wiele osób mnie zachęcało: +Pojedź, zobaczysz będzie super. Spędzisz błogosławiony czas z Bogiem i ludźmi.+ Dużo się modliłam, pytałam Boga co mam zrobić, czy On chce, żebym tam pojechała.
Tydzień przed misją pojechałam na spotkanie młodzieży, słyszałam wiele świadectw z misji. Widząc jak Bóg zmieniał życie ludzi czułam radość. Podszedł do mnie Samuel i powiedział mniej więcej tak: Masz czas do 12 w nocy na podjęcie decyzji. Wiele osób się zgłasza na to miejsce nawet z daleka, ale ja wierzę, że ty pojedziesz. Później miałam jeszcze jedna rozmowę z przyjacielem i zdecydowałam się pojechać.
Dzień przed wyjazdem szatan zaczął do mnie mówić: Po co ty tam jedziesz?, przecież jest wiele osób, które zrobią lepiej to czy tamto od ciebie. Kilka razy tak miałam, nawet jadąc pociągiem, ale od razu w duchu zaczynałam wołać do Pana, by zabrał to ode mnie i wlał swój pokój. Gdy zajechaliśmy na miejsce stwierdziłam, że będę pomagać przy pracy z dziećmi. Pierwsze dwa dni były dla mnie straszne, szatan cały czas mnie atakował, nie mogłam się odnaleźć, czułam, że jest źle. Zaczęłam modlić się, płakałam przed Panem, by zabrał ode mnie ten ciężar, w modlitwie wspierała mnie Ania i wiele innych osób. Zaprzyjaźniłam się z Eweliną, która także zaczęła się modlić i to dodawało mi sił i wiary.
We wtorek w nocy przyszła Rut i powiedziała, że powinniśmy zawołać do Boga o jedność i o tych ludzi, wszyscy poszliśmy i modliliśmy się. Podczas modlitwy podeszła do mnie Rut i zapytała się czy możemy się pomodlić, powiedziała, że bardzo się cieszy, że jest ktoś na misji z jej zboru i że wiele osób chciało przyjechać na misje, a jednak Bóg postawił mnie na tym miejscu, to mnie podniosło na duchu (bo faktycznie wiele osób chciało, a jednak tylko ja tam byłam). Wiele radości mi dawało chodzenie ulicami, śpiewanie i zapraszanie ludzi na koncerty.
Na zajęcia każdego dnia przychodziło coraz więcej dzieci. Po lekcji, na której mówione było o grzechu, Ewelina powiedziała, że jeśli ktoś chciałby się pomodlić i wyznać grzechy swoje to my jesteśmy gotowi się modlić. To było niesamowite widzieć dzieci, które przychodziły z prośbą o modlitwę.
Po środowym poście ludzie zaczęli otwierać się na Boga. Jedna osoba z twardzieli została ochrzczona Duchem Świętym. Bóg zaczął działać! Bardzo podobały mi się wieczorowe społeczności, jednak cały czas czułam niedosyt, coś mnie blokowało, nie mogłam całym sercem wielbić Boga, do tego miałam problemy ze zdrowiem. Zaczęłam się modlić z Eweliną i wtedy poczułam, że Duch Święty napełnia moje serce pokojem. Od tej chwili mogłam wielbić całą sobą Boga i czułam, że słowa wypowiadane płyną prosto do Niego. Podczas tego koncertu na wezwanie odpowiedziały dwie dziewczynki, z którymi pomodlił się Pastor. Przez następne dni Duch Święty dotykał kolejnych serc, to było niesamowite widzieć ludzi pokutujących, którzy pragną zaprosić do swego serca Jezusa, by stał się ich Panem. Z każdym dniem odczuwałam coraz bardziej Boga.
Na samą myśl, że muszę już wyjeżdżać chciało mi się płakać, bo wszyscy jeszcze zostawali tam, a ja niestety musiałam jechać.
Ten czas jaki tam spędziłam, ludzie z którymi się zżyłam - to wszystko było wielkim Bożym Błogosławieństwem. NIGDY tego nie zapomnę!
Wdzięczna jestem Bogu za każdą osobę, która mnie zachęcała żebym pojechała na misje. Mogłam tam nie tylko mówić innym o Bogu, ale także sama się przybliżyć do Niego i wiele się nauczyć. Od ostatniego dnia misji cały czas chodzą za mną słowa, które zapisał Paweł w Liście do Rzymian 14,11: Jakom żyw, mówi Pan, ugnie się przede mną wszelkie kolano i wszelki język wyznawać będzie Boga. I wierzę, że Bóg zadziała jeszcze bardziej!!! Jeżeli czytasz to i też masz jakieś zahamowania, boisz się pojechać na misję, myślisz, że się nie nadajesz - to ja Ci mówię zostaw te rzeczy w domu, nie będziesz żałować tego ;)
JA NIE ŻAŁUJĘ! ;)
NIEBORÓW
23 lipca 2007
Kilka godzin temu wróciłam do domu z misji w Nieborowie, pod Łowiczem. Wróciłam niedospana, ziewająca, zmęczona i... z wielką, Bożą radością w sercu.
Są wakacje, wiem że mogłabym w tym czasie robić tak wiele, być może dla niektórych pozornie bardziej atrakcyjnych rzeczy, a jednak nie zamieniłabym ani jednej chwili tam spędzonej na plażę czy wyjazd gdziekolwiek indziej.
Było tam bardzo dużo osób, które pierwszy raz uczestniczyły w misji. Tym większym Bożym błogosławieństwem było przyglądanie się, jak Bóg łamie w nas wszelki wstyd czy nieśmiałość, jak daje nam odwagę do głoszenia swojego Słowa i jak prowadzi nas, odnajdując swoją siłę w naszych słabościach. Patrzenie na ludzi, którzy stoją pierwszy raz przed mikrofonem i dzielą się swoim świadectwem z tak piękną naturalnością i szczerością było czymś... łał, wspaniałym! Czymś, co napełniało serce niesamowitym wzruszeniem.
Takie osoby, pełne pasji i zapału dla Boga, które tam poznałam są dla mnie naprawdę ogromnym zbudowaniem i błogosławieństwem od Pana.
I być może słuchaczy nie było zbyt wielu, może były to czasem nawet pojedyncze osoby. Ale w nas była gorliwość dla Boga, aby być w centrum Jego woli, aby jak najwięcej dawać także od siebie, aby być otwartym na Jego prowadzenie, na Jego głos. I WARTO BYŁO. Warto było wcześnie wstawać, brać lodowaty prysznic, pracować nad koncertami, nad programami klubów młodzieżowych, zamiatać chodniki w pełnym słońcu, ćwiczyć po raz dziesiąty tę samą pantomimę. Warto było wkładać swój cały potencjał, aby choć jedna osoba mogła usłyszeć Dobrą Nowinę, bo wiedzieliśmy że cokolwiek by się nie działo, Bóg jest z nami
...i pokazywał nam to. I poruszał nasze serca swoim Słowem i był dla nas takim akumulatorem, z którego możemy czerpać energię do dalszej pracy.
Z tej misji wyniosłam kilka naprawdę bezcennych wspomnień, przyjaźni, doświadczeń. Wspaniały, wspaniaaaały czas.
Więcej, więcej! : )
KLESZCZELE 1
16 lipca 2007
Od 2 do 7 lipca 2007r. miałam przywilej bycia na misji w Kleszczelach. To moja pierwsza misja. O tym, żeby pojechać na misje, myślałam przez prawie rok. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, jak się odnajdę w nowej roli. Jednak byłam pewna, że musze jechać. To było dla mnie nowe wyzwanie z konkretnym celem: pozyskania ludzi dla Jezusa. Przed samym wyjazdem położyłam wszystko w ręce Boga i wiedziałam, że z Nim mogę wszystko.
Na samej misji byłam w grupie pracującej z dziećmi. Odczuwałam Boże błogosławieństwo i prowadzenie. Ilekroć zwracałam się o pomoc do Boga, widziałam jak On mi pomaga. Bóg działał wśród dzieci, przypominałam sobie słowa Jezusa: +Nie zabraniajcie dzieciom przychodzić do mnie, gdyż do takich należy Królestwo Niebios.+ Aktywność dzieci motywowała mnie do dalszego działania.
Podczas misji dużo modliliśmy się i pościliśmy, jednak Bóg przemówił przez jedną z twardzielek, że brakuje nam gorliwości i usilnej prośby. Zobaczyłam, że nic, nawet w najmniejszym stopniu, nie może zasłaniać nam prawdziwego celu misji. Mieliśmy bardzo dobry czas modlitwy. Wtedy otworzyłam się przed Panem, sama się nie poznawałam, krzyczałam i usilnie prosiłam o to, by mój Ojciec dał mi pragnienie Jego obecności, by Bóg poruszył mieszkańców Kleszczel i zostały zbawione nowe dusze. Modliłam się także o głęboką wiarę, w to, że Bóg jest w stanie zmienić ludzi. Odczuwałam obecność Ducha Świętego i Jego moc. To było coś wspaniałego: modliliśmy się wszyscy, widziałam, jak twardziele modlą się w grupkach, inni wyznają swoje grzechy, przepraszają się, modlą się o siebie nawzajem. Ja też mogłam modlić się o jedną osobę i jestem za to wdzięczna Panu. Od tej pory, na każdej społeczności odczuwaliśmy obecność Ducha Świętego. Bóg zbawił ludzi z obozu twardzieli, zaczął pracę od nas. Działaliśmy w jedności i miłości- to było Bożym błogosławieństwem! Wielu twardzieli zostało ochrzczonych Duchem Świętym podczas czwartkowej modlitwy. Bóg zatroszczył się o nas, ustrzegł od wypadku, gdy w nocy przewody nie zostały odłączone od prądu, a namiot zalał deszcz - nikomu nic się nie stało!
I wtedy Bóg zaczął działać wśród mieszkańców Kleszczel! Było wiele przeszkód- chociażby deszcz, który nie sprzyjał zajęciom, a także lokalni filozofowie-ateiści, alkoholicy- przeciwnicy Boga, którzy zakłócali porządek spotkań. Jednak tym bardziej odczuwaliśmy Bożą obecność i działanie. Byliśmy tak wzmocnieni i wierzyliśmy, że Pan przyciągnie ludzi do siebie. Mimo niepogody, dzieci i młodzież przychodziła pod namiot. Na kilku wieczornych wezwaniach nikt nie wychodził. W końcu, po usilnych modlitwach, w piątek wieczorem, Pan poruszył wiele serc! Do przodu wyszło sześć osób. Były wśród nich dziewczyny, z którymi modliłam się po południu, z których jedna oddała swoje życie Jezusowi już przed wieczornym koncertem! Byłam tak szczęśliwa, że Bóg mógł użyć mnie! Cieszyłam się Bożym działaniem! Bóg jest Cudowny, Wspaniały, Wszechmocny! Zaczęłam płakać z radości!
Wyjeżdżając z misji, z jednej strony smuciłam się, że opuszczam Kleszczele, miejsce, gdzie miałam tak wspaniały czas z Bogiem i społeczność z innymi, ale też cieszyłam się, że mogłam zbliżyć się do Boga tak bardzo, że mógł mnie użyć. Wiedziałam, że mimo wszystkich problemów, jakie miałam po przyjeździe, Bóg nauczył mnie wiele, pokładam całą ufność Bogu. I wiem, że cokolwiek się stanie w moim życiu, mój Ojciec i najlepszy Przyjaciel będzie przy mnie i przy każdym, kto oddał Mu swoje życie i ufa Mu! Przeżywam ogromną radość, że do grona zbawionych dołączyły kolejne osoby i całe Niebo się raduje się z tego powodu. Warto jest jechać na misje i widzieć takie Boże cuda. To jest nasz cel, mówić innym o Jezusie, który czeka na każdego i obdarza wielka miłością. Tak, jak my kiedyś zostaliśmy włączeni do Królestwa Bożego, teraz możemy widzieć, jak inni do niego dołączają i odczuwać ogromną radość, że to my byliśmy użyci przez naszego Boga w tej misji!
KLESZCZELE 2
16 lipca 2007
Kleszczele z maxymalnie mojego punktu widzenia, czyli coś w stylu mój drogi pamiętniczku.
W roku szkolnym, gdy dowiedziałam się, że będzie prowadzona misja w Kleszczelach bardzo się ucieszyłam, ponieważ jest to miejscowość, z której znam trochę osób i jedną szczególnie bliską mi osobę - Adriana, któremu już nie raz zdążyłam opowiedzieć o miłości Bożej. Początki misji nie wywoływały większych emocji, ładny krajobraz, ludzie na pierwszy rzut oka raczej pozytywnie nastawieni, lecz po pierwszym dniu zdołało się wyczuć, że coś jeszcze nie jest tak jak być powinno. Następnego dnia planowany był post, a jako, że na misjach z reguły po poście sytuacja zaczyna wyglądać lepiej, patrzyłam spokojnie na całą sytuację. W dzień postu - w środę, podczas cichego czasu mocno odezwał się do mnie fragment z Trenów (2:19) Wstań, narzekaj w nocy na początku straży nocnych, wylewaj jak wodę swoje serce przed obliczem Pana; podnieś ku niemu swoje dłonie za duszę twoich dziatek, które omdlewają z głodu na rogu każdej ulicy. Jedyne co wtedy w nim dostrzegłam, to fakt, iż Bóg wymaga od nas większej gorliwości za tą miejscowością... Nie wiedziałam jeszcze w jak dosłowny sposób spełni się to Słowo.
Samuel z rana na społeczności mówił o kierowaniu Ducha Świętego, lecz (jako, że jestem nieśmiałą osobą) nie miałam odwagi powiedzieć o tym. Dzień trwał dalej, zajęcia z dziećmi, koncert, klub młodzieżowy, lecz tak naprawdę sytuacja w niczym nie ulegała zmianie. Podczas kolacji zajęłam się Adrianem, więc w czasie klubu poszłam z Magdą, by zjeść kolację. Zaczęłyśmy rozmawiać. Dowiedziałam się, że nie tylko ja odczuwam, że to co mówimy i robimy nie porusza ludzkich serc, że brak nam gorliwości. Wróciłyśmy na klub. Przez całą jego dalszą część czułam, że coś rozpiera mnie od środka, rozrywa moje serce (choć nigdy i tak nie byłam w stanie zapamiętać po której stronie ono leży ;) Strasznie chciało mi się płakać.
Od razu po klubie ruszyłam do namiotu w poszukiwaniu Biblii - niestety, było zbyt ciemno, pożyczając Biblię Pan powiedział mi tylko, że moim obowiązkiem jest przekazywać to co On mówi do mnie. Poszłam szukać Magdy, powiedziałam jej o rozpierającym mnie uczuciu. Poszłyśmy się razem modlić. Modliłyśmy się na kolanach i płakałyśmy za Kleszczelami, a kiedy skończyłyśmy Magda powiedziała mi, że trzeba zwołać modlitwę. Podeszła wraz ze mną do Samuela, lecz głos pod wpływem emocji jej się zaciął i powiedziałam mu, co leży nam na sercu. Samuel zwołał wszystkich misjonarzy GT i Pan prawdziwie wylał na nas swego Ducha w tym czasie. Była to już późna pora, trawa była cała mokra, lecz pomimo tego upadliśmy na kolana i płacząc modliliśmy się o Kleszczele. Z tego co słyszałam, to obok przechodziła młodzież z zewnątrz - twierdziła że się upiliśmy, lecz jeden z wartowników oznajmił im, że płaczemy za ich dusze.
Wstań, narzekaj w nocy na początku straży nocnych, wylewaj jak wodę swoje serce przed obliczem Pana; podnieś ku niemu swoje dłonie za duszę Twoich dziatek, które omdlewają z głodu na rogu każdej ulicy.
Był to dla nas wielki czas - modlitwa trwała bardzo długo, podczas niej wielu misjonarzy pojednało się z sobą i nawrócił się jeden chłopak. To było piękne, gdy po północy wszyscy stanęliśmy trzymając się za ręce śpiewając z wielka radością w sercu ,Jezus zwyciężył. Kolejnego dnia poranna społeczność trwała tak długo, że osoba która miała przygotowane Słowo nie zdążyła się nim podzielić. Cały dzień obecność Ducha Świętego rozpierała nasze serca. Po klubach ponownie była modlitwa, tym razem dwie osoby zostały ochrzczone Duchem Świętym, a kolejna osoba nawróciła się. W tym czasie dostałam sms-a od Adriana w którym stwierdził, że podczas koncertu chciało mu się płakać i dziękował mi za to, że mógł tam być. Bóg coraz bardziej dotykał naszych serc. Deszcz nieszczególnie kwapił się przestać padać.
Tej nocy nie spałam pod namiotem tylko wraz z innymi dziewczynami w przebieralni - ponieważ namioty nie nadawały się już do tego. Poranny widok był całkiem zaskakujący: obszerne kałuże na krajobrazie nieustającej ulewy. Z dziewczynami usiadłyśmy i modliłyśmy się o pogodę, w pewnym momencie wszedł Samuel oznajmiając nam, że dzieci przyszły na zajęcia! Nasze zaskoczenie było tak wielkie jak kałuża przed budką z przebieralniami. Udało się zorganizować krótsze zajęcia z dziećmi, po czym ludzie zabrali się do wygarniania wody spod dużego namiotu. Szpadle, wiaderka i do dzieła! Przyszła część osób z zewnątrz pomagać. Wszystko po to by mógł się odbyć koncert i klub.
I zbliżył się ten czas, czas koncertu. Atmosfera obecności Ducha Świętego towarzyszyła nam cały czas. Przez cały prawie koncert płakałam ze szczęścia, że Bóg postawił mnie na tym miejscu w tym czasie. Ruszyliśmy grać Ukrzyżowanie. Całą pantomimę towarzyszył nam Bóg! Gdy wszyscy stanęli w pozycji startowej (podwójne zero ;) słyszało się gorliwe modlitwy naszych aktorów. Tuż po pantomimie była zwiastowana Ewangelia i było wezwanie. Stałam koło Adriana dobrze wiedząc, że jego to dotyka. Zapytałam się więc, czy chce wyjść do przodu. Milczał. W pewnym momencie do przodu wyszedł Leszek trzymając pod dwoma rekami mamę i siostrę. Powiedziałam wtedy: Adrian, jeśli chcesz wyjść powiedz mi tylko słowo, wezmę cię za rękę i pójdziemy. Milczał przez krótki czas patrząc do przodu po czym powiedział: Chodź! Zaczęły wychodzić kolejne osoby. Był to piękny czas, podczas którego nawróciło się wiele osób. Wpierw 5 od nas (ludzi z rodzin wierzących) potem ok. 8 z zewnątrz, lecz tak do końca nie wiemy ile ich jest naprawdę i i gdzie jeszcze zakiełkuje zasiane ziarno. Ja, jak zapewne wielu z nas, mam nadzieję, że wrócimy tam za rok, wierzymy że to dopiero początki tego co Bóg ma zaplanowane dla Kleszczel.
BIAŁOPOLE
12 lipca 2007
No cóż, nie tylko w Wipsowie coś się działo... Na misji w Białopolu też mieliśmy świetny czas:) Mogłam poznać tam naprawdę niesamowitych ludzi. Dla większości Twardzieli była to pierwsza misja w życiu, ale napewno nie ostatnia :) Mogliśmy odczuwać Boże błogosławieństwo w tak wielu aspektach - np. cały dzień padało, a my mieliśmy w planie zrobić ognisko... I wiecie co? Godzinę przed koncertem przestało padać, mogliśmy rozłożyć sprzęt, zrobić koncert i ognisko. Ten dzień był też niesamowity z innego powodu - na wieczornym klubie nie zrobiliśmy programu, który był wcześniej przygotowany, tylko Bóg tak niesamowicie wszystkim pokierował, że mogliśmy spędzić ten czas na rozmowach z ludźmi... Był to naprawdę wspaniały i błogosławiony wieczór :)
Może nie zrobiliśmy tam niczego wielkiego, ale wierzę, że zrobiliśmy to, co było w Bożym planie... Pozdrawiam całą ekipę generacyjną z misji w Białopolu :) Byliście naprawdę niesamowici :) Tak trzymać :) Pozdrowienia również dla naszych przyjaciół z Białopola. Bardzo się cieszę, że mogłam was poznać :)
WIPSOWO 3
12 lipca 2007
Alleluja! Pierwszą misję w tym roku mamy już za sobą. Dla mnie to było Wipsowo.
Jestem wdzięczna Bogu za to, że posłał tam tak wspaniałych misjonarzy, moich Przyjaciół! Cudownie jest patrzeć, jak ludzie całym sobą chcą służyć Bogu, bez względu na pogodę, na własne niedomagania, na to, co mówią inni! Dlatego na samym początku dziękuję Wam kochani Przyjaciele za to, że razem z Wami mogę służyć Bogu, że jesteście dla mnie zachętą, wielkim wsparciem i wyjątkową, niepowtarzalną radością. Także dzięki Wam misja w Wipsowie była cudowna!
Bóg w niesamowity sposób pokazywał, że ma wszystko w swoich świętych Rękach... To tylko On poruszał serca ludzi, którzy nam pomagali... Dzięki Niemu, a w konsekwencji Pani Radnej dostaliśmy super salę na spotkania. I chociaż mogłoby się wydawać, że pogoda nie taka, to Bóg wszystkim cudownie kierował. Nawet w deszczu reprezentacja naszych chłopców mogła dwa razy grać w nogę.... i.... ALLELUJA! WYGRALIŚMY!
Ale nie o to chodziło... mogliśmy być z ludźmi, pokazać, że MOŻNA ŻYĆ INACZEJ! I udało nam się!
Misja w Wipsowie pokazuje, że ludzie bardzo potrzebują Boga, i tylko Jego! Nie potrzeba wielkich rzeczy, wielkich słów, scenek, żeby pokazać jak cudowny jest Bóg... Wystarczy mówić o Nim. Oczywiście wszystkie wyżej wymienione rzeczy są dobre i potrzebne.
Pan przyznawał się także do naszych modlitw. Poranne społeczności to chwile pełne Bożej obecności, powiewu Ducha Świętego... Bardzo dobrą sprawą był również tzw. CICHY CZAS, kiedy każdego poranka każdy mógł mieć czas sam na sam z Bogiem. Zachęcam do tego bardzo, aby taki czas był wpisany w grafik każdego dnia. Daje to szansę posilenia na cały dzień i odebrania tego, co Bóg chce nam powiedzieć. Można oczywiście wiele pisać... ale Bożego działania nie da się opisać! Nie da się opisać tego, jak Bóg zmienia wyraz twarzy ludzi, całe ich życie... Jak daje nadzieję na lepsze życie... W miłości, radości, bezpieczeństwie... Życie wolne od nałogów, uzależnień! Kochani! Bóg jest cudowny, a Jego łaska jest dla wszystkich! I pamiętajmy... NAJLEPSZE JEST WCIĄŻ PRZED NAMI! :)
WIPSOWO 2
11 lipca 2007
Hm... Jak tu zacząć... Słów mi brak po prostu. Misja w Wipsowie była moją ulubioną. Fakt, że było mało misjonarzy, ale przez to bardzo zżyliśmy się ze sobą. Duch Święty działał pośród nas. Nasze społeczności były suuuper! Modliliśmy się o chrzest w Duchu Świętym i każdy zapewne przeżył wspaniały czas z Bogiem. Był spory problem ze zmęczeniem. Mało czasu na odpoczynek, ale nadrabialiśmy i zawsze sobie radziliśmy :) Nic nas nie powstrzyma/ło :D
Pogoda czasem dopisywała, czasem nie. Ale nie zatrzymało nas to przed działaniami. Dzieci dalej przychodziły na spotkania. Bardzo im się podobało. One są cudowne! Większość z nich siedziała z nami na koncertach.
No tak. Koncerty ;) Aż nie chciało mi się schodzić ze sceny. Ludziom bardzo podobały się pieśni. Chcieli ich coraz więcej. Nie wspomnę już o scenkach, bo kiedy ludzie wychodzili to wracali, żeby obejrzeć którąś ze scenek. A graliśmy ich dosyć sporo. Przekaz trafiał od razu. Na jednym z klubów miałam wypadek: rana cięta stopy. Myślałam, że nie wytrzymam: ból i histeria. Pielęgniarka powiedziała, że trzeba jechać do szpitala na szycie. Ale to cud, że gdy dojechaliśmy już obyło się bez szycia! I dziękuję za to Bogu!! (i za modlitwy wszystkim!:))
Gdy na klubach nawiązaliśmy z młodzieżą kontakt od razu zaczęliśmy głosić ewangelię o Jezusie Chrystusie. Kiedy patrzyłam, jak słuchali i jak potem wychodzili po kolei do modlitwy, za każdym razem płakałam. To było zbyt cudowne! Ale z Bogiem nie ma rzeczy niemożliwych! Dziękuję mu codziennie ludzi, których poznałam w Wipsowie! Bóg na nowo pokazywał mi to, jak bardzo nas kocha. Gdy mówiłam to ludziom, mieli łzy w oczach.
Misja w Wipsowie była W S P A N I A Ł A ! Bóg działał! I będzie działał dalej :) Chwała Jezusowi za wszystko! To dzięki NIEMU mieliśmy megalomalnie super czas! Jezus żyje! WIPSOWO RULEZZ :)
PS: Pozdrawiam wszystkich ludzi z Wipsowa! (Paulina, Ada, Patrycja, Grzesiek, Krzysiek, Piotrek, Tobiasz i w ogóle wszyscy!! :D)
RELACJA (WIPSOWO)
11 lipca 2007
Misja u nas w Wipsowie to było jedno z najlepszych moich przeżyć. Poznałem sporo bardzo fajnych ludzi, dobrze się bawiłem (i nawet wziąłem udział w jednej ze scenek). Było naprawdę super, cały czas będę utrzymywał kontakt z Misjonarzami, bo to naprawdę dobrzy przyjaciele. Bardzo chciałbym być taki jak oni.
Najbardziej podobał mi się +klub młodzieżowy+, ponieważ graliśmy w wiele fajnych gier np.(kalambury) - miałem hasło +zupka chińska+ – fajnie, nie? Super było też na Koncertach - można było dużo się na nich dowiedzieć dobrych rzeczy. Gdybym miał opisać wszystko, co przeżyłem to czytalibyście tydzień, ale bardzo wszystkich zachęcam do brania udziału w koncertach, klubach młodzieżowych, ponieważ to jest bardzo mądre i fajne. Niektórzy mówią że pogadają i pojadą, ale ja się z tym nie zgadzam! Bo każdy człowiek potrzebuje SŁOWA BOŻEGO, które
G-T nam przekazuje. Dziękuje wam wszystkim za to, że wy przekazaliście nam to wszystko. DZIĘKUJĘ! W imieniu wszystkich z Wipsowa.
PS. Szczególne pozdrowienia dla: Tomka, Asi, Klaudii, Gosi i wszystkich pozostałych.
