Witajcie,
Przepraszam, że piszę tak późno, ale nie mam stałego dostępu do Internetu. Jeśli chce skorzystać z Internetu muszę jechać do miasta. Ewentualnie mogę korzystać z Internetu w telefonie, ale to też nie jest łatwe, bo musiałbym pisać do wszystkich z osobna, ale jak ktoś do mnie napisze to obiecuje, że odpisze:)
Ostatni tydzień był bardzo intensywny. Dużo rzeczy się działo, ale zacznę od początku. W środę 10.03.2010 postawiłam swoje pierwsze kroki na „czarnym lądzie”. Otrzymanie wizy wyglądało prawie jak płacenie rachunku na poczcie. Musiałam wypełnić blankiecik, zapłacić, uśmiechnąć się i sobie pójść. Na lotnisku czekał na mnie Evans (pastor młodzieżowy)i Evelin (siostra Toma). Z lotniska pojechaliśmy do miejsca, gdzie obecnie mieszkam. Mieszkam w bardzo biednej dzielnicy w Nairobi. Nairobi dzieli się na część bogatą i biedną. Ja mieszkam w tej części biednej, gdzie mieszczą się slumsy, czyli najbiedniejsze miejsca na świecie jakie można sobie wyobrazić (chociaż ciężko sobie to wyobrazić to trzeba zobaczyć). Dzielnica w której mieszkam nazywa się Lucky Summer jest bardzo biedna, ale to nie slumsy, mimo tego ciężko jest mieszkać w takim miejscu. Mieszkam u rodziców Toma i Ani (pastorstwo). Tata Toma jest Apostołem tego kościoła. Tu kościoły nie są prowadzone przez pastorów, ale przez apostołów. To oni mają największy autorytet i zajmują się prowadzeniem całego kościoła. Pastorzy są od „pasterzowania”. Prócz rodziców Toma mieszkają tu ich dwie córki, wnuczka, pastor młodzieżowy, jedna kobieta z kościoła i czasem ktoś wpada się przespać. Mieszkanie ma 4 pokoje, kuchnie, łazienkę i ubikacje, ale i tak jest to naprawdę małe mieszkanko. Ja mam ogromne szczęście bo dostałam własny pokój i nie musze go z nikim dzielić. To jak on wygląda macie na zdjęciach, które wam wysłałam. W domu jest pełno insektów zwłaszcza w kuchni bo tam jest jedzenie. Towarzysze broni zawsze obecni:)
W pierwszy dzień miałam możliwość odwiedzić kilka osób z kościoła. Nie będę opisywać jak ich mieszkania wyglądają, bo możecie sami to zobaczyć na zdjęciach, które wam wysłałam. W każdym razie mieszkają i żyją w skrajnej biedzie. Rząd nie troszczy się o biednych i im nie pomaga. Kościół robi co może, ale to i tak jest zbyt mało. Jeśli urodziłeś się biedy tak też umrzesz. Kenia jest państwem bardzo skorumpowanym. Jeśli nie masz pieniędzy i kontaktów zwyczajnie jesteś nikim. Nie ma dla ciebie przyszłości. Może są jakieś jednostki, pojedyncze osoby, które poszły na studia (które są bardzo drogie i zdobycie pieniędzy na nie graniczy z cudem) i jakoś odbiły się od dna, ale nadal to są tylko jednostki. Pierwszego dnia poznałam kobietę, której zmarła mąż. Została sama z 5 dzieci. SAMA w dosłownym tego słowa znaczeniu. Państwo takim kobietom jak ona nie pomaga. Nie obchodzi ich co się z tymi kobietami dzieje. Kobieta, którą poznałam ma 5 dzieci, musi jest wyżywić, ubrać i zapłacić czynsz za mieszkanie. Jeśli nie ma pieniędzy na zapłacenie za czynsz (ok. 40-50zł) przychodzi właściciel i wyrzuca ją na ulice. Kiedy kobieta traci męża je życie jest przekichane. Jej życie zamienia się ciągłą walkę o przetrwanie. Zwykle te kobiety łapią każdą możliwą dodatkową prace tak, aby dać dzieciom jeść i zapłacić za czynsz. Często same kładą się spać z pustym żołądkiem.
Każdego dnia widzę biedę i serce mi się kroi, że świat jest tak niesprawiedliwy, bo jedni maja wszystko a inni kompletnie nic. Jednak najbardziej dotykają mnie właśnie te wdowy. Cały czas mam w sercu werset, który mówi, abyśmy się troszczyli o wdowy i sieroty, a teraz widzę dlaczego to jest tak ważne. Same sobie nie dadzą rade. Najtrudniejsze dla mnie są wizyty u ludzi mieszkających w slumsach. Strasznie ciężko jest patrzeć na to jak oni żyją. Jednak, mimo warunków w jakich przyszło im żyją są wierni Bogu, ufają mu każdego dnia. Ci ludzie są dla mnie ogromnym zachęceniem.
Kościół prowadzi także szkołę dla dzieciaków. Od środy mam im tam pomagać. Jeszcze nie wiemy dokładnie co będę robić, ale to okaże się pewnie w środę. (tu nic się wcześniej nie planuje, a kiedy pytam ile coś będzie trwać zawsze otrzymuję odpowiedź: nie wiem, zobaczymy). Szkoła dla dzieci jest często jedyną szansą na zjedzenie posiłku, bo gdy jak wracają do domu to nie ma co jeść. Szkoły państwowe bardzo często nie mają przeszkolonej i dobrze wykwalifikowanej kadry, wiec jeśli rodzice mają szanse posłać dziecko do prywatnej szkoły to tak robią. Przynajmniej się czegoś nauczy.
Najwięcej czasu spędzam z młodzieżą. To wspaniali młodzi ludzie. W środy mamy spotkania młodzieżowe, a wzeszła niedziele było ogólnozborowe spotkanie młodzieżowe. Dlatego też poranne nabożeństwo trwało tylko 4 h. Spotkanie młodzieżowe rozpoczęło się o 14, a skończyło się o 20. Mimo, że trwało to tak długo, był to naprawdę dobry czas. Bóg błogosławił i dotykał serc, a ja miałam przywilej dzielić się słowem.
Jestem tu już prawie tydzień, a to co widzę zaskakuję mnie każdego dnia coraz bardziej. Mino tego, że ci ludzie są biedni i nie mają nic to kochają Boga i są mu wdzięczni, że mogli go poznać. Dla mnie ci ludzie są ogromnym zbudowaniem. Może nie mają nic, ale mają coś więcej niż ten świat. Mają Boga za którym pragną kroczyć każdego dnia. Mają miłość, radość i pokój, której nikt nie jest wstanie im odebrać. Są wdzięczni za każdy nowy dzień, który daję im Pan i nie ważne jak ciężkie mają życie. Cieszą się z tego co mają. Jest im ciężko, ale się nie poddają. Nie ma znaczenia gdzie mieszkasz, co robić, gdzie pracujesz, co w życiu osiągnąłeś życie nie jest łatwe. Nie jest łatwe w Afryce i nie jest łatwe w Polsce. Wszędzie będą pojawiać się problemy, ale tylko od nas zależy, czy poddamy się czy wytrwamy do końca.
Troszeczkę się rozpisałam mam nadzieje, że nie zanudziłam was tą wiadomością. Nie wiem kiedy wyślę następną. To będzie zależało od tego kiedy będę mogła znów pojechać do miasta, ale pewnie będzie to dopiero w przyszłym tygodniu.
Dziękuję wam za modlitwy i wsparcie. To jest dla mnie bardzo ważne. Trwajcie w modlitwie o mnie.
Niech Bóg was błogosławi.
Milena Makuch
